życie mi się totalnie przewraca znowu
ale cóż ja, jak to ja, pocierpię, pozbieram się do tzw kupy,
poskładam kawałki w bliżej nieokreśloną całość,
otrzepię się z kurzu czasu
i pójdę dalej, szukać kolejnych zakrętów,
licząc następne potknięcia.
miałam jechać do Chin na dwa tygodnie, mówiłam już?
no, więc jeśli nie mówiłam, to mówię
wszystko poustalane było, jasne i przejrzyste,
gdy podejmowałam decyzję o wyjeździe, taaak
ale moje życie to wszak MOJE ŻYCIE
czyli zgodnie z zasadą "Jak się polepszy to się popieprzy"
(ponoć wyrażanie się niecenzuralnie, przynosi ulgę i uspakaja)
otóż w rozmowie z szefową, która rozmawiała ze swoją szefową,
która to zagadnęła Szefową_wszystkich_szefowych
na nasze wariatkowo,
otrzymałam wiadomość, że od lipca mam pół etatu
tak jak sobie życzyłam, urlop, pensję zadawalającą
i świetlane widoki na przyszłość
Wówczas właśnie padła propozycja wyjazdu co Chin
tia..
nie pozostawało mi nic innego, jak zdecydować się i jechać.
musiałam, co prawda, odrobinę poprzestawiać
w planach urlopowych, tak swoich, jak i koleżanek,
ale wszystko poszło dobrze i mogłam jechać..
nadmiar dobrych wydarzeń powinien dać mi do myślenia, prawda?
sam fakt, że ZA DOBRZE SZŁO..
nie dał, niestety,
co prawda, gdzieś tam w tyle głowy coś piskało,
żeby uważać, żeby się nie nastawiać,
ale co tam, przecież pokonałam pecha, myślałam
no właśnie.
najpierw okazało się, że umowę mam tylko do 30.06. br.
[przeżyłam załamanie]
ale-pomyślałam- pojadę do Chin,
a potem siądę do nauki do egzaminu na aplikację
nie tak prędko.. nie tak prędko.
potem okazało się, że ze zdrowiem coś nie tak,
ubezpieczenie regularne by się przydało..
zaczęłam więc pytać,
czy jednak może nie ma szans na przedłużenie umowy..
ależ tak, szanse są!
yuppi..!- ucieszyłam się jak kura na widok worka z ziarnem,
za wcześnie, dodam ,dużo za wcześnie..
szansa i owszem jest,
ale zmiana umowy o pracę na umowę zlecenie,
mniej niż połowa pensji i bez szans na urlop.
[załamka i zgrzytanie zębów]
bo pierwsze pieniądze już wpłacone,
nie ma nikogo na moje miejsce,
poza tym JA TAK BARDZO CHCĘ JECHAĆ
ale mój rozsądek każe mi przyjąć pracę,
ze względu na ubezpieczenie
poszłam do swojej szefowej i do szefowej szefowej,
porozmawiałam,
udało mi się uzyskać zgodę na wyjazd
przy drobnych poświęceniach
fajnie?
oj nie tak szybko
1. znalazła się osoba na moje miejsce na wyjazd,
2. z materiałem do egzaminu jestem
na najniższym skraju czarnej dupy,
więc wyjazd nie bardzo mi czasowo leży,
bo przecież się nie wyrobię!
3. zrobiło mi się zapalenie żył w nodze,
które wymaga minimum 3 tygodni leczenia
i unikania długiego siedzenia z nogą w dół..
tak, a czas w samolocie to niczym nie wyjęte 10 godzin
no i trafiłam.
do pracy ustalić warunki umowy,
do lekarza po receptę na maści i bandaż elastyczny
oraz do otchłani smutku i rozpaczy, że nie jadę ..
tak więc Chinom macham łapką,
życząc wszystkim, którzy tam będą,
pięknej pogody, udanej obserwacji zaćmienia słońca,
zbieram wszystkie przepłakane chusteczki, otwieram nową paczkę
i idę płakać nad kodeksami
powstrzymując się przed aktem defekacji z zazdrości.
ech, co to za życie
dla rozluźnienia śpiewam za Happysad:
"O udupienie totalne,(...)
Ile Cię trzeba dotknąć razy żeby się człowiek poparzył?
No ale tak żeby już więcej ani razu,
Żeby już więcej za nic,
Żeby już więcej nie miał odwagi,
No ile razy?! - Razy, razy, razy, razy, razy..."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz