środa, 8 lipca 2009

jak się okazałam fanką Michaela Jacksona

wymyśliłam sobie, że zrobię sobie tatuaż.
tuż nad kostką albo na karku.
ja, która zawsze uważałam i na swój sposób nadal uważam
że tatuaż jest robieniem sobie krzywdy
dla osiągnięcia jakiegoś efektu,
dotąd wydawało mi się, że mnie to nie dotyczy,
a tu proszę.. nie wiem, jaki efekt chcę osiągnąć,
ale tatuaż sobie zrobię.
jakiś znak, który będzie nosił w sobie ukryty sens.
a że moja Młoda też myśli o tatuażu
pójdziemy razem, żeby dodać sobie nawzajem odwagi,
wspólnie cierpieć po fakcie i razem cieszyć się z sukcesu.

poza tym w ogóle coś się dzieje z moją psychiką.
na przykład nie zdawałam sobie sprawy z faktu,
że chyba byłam fanką Michaela Jacksona.
nigdy nie słuchałam jakoś bardzo jego muzyki,
nie kolekcjonowałam piosenek ani płyt,
a jednak, gdy umarł, zrobiło mi się przykro.
najdziwniejszą okazała się moja reakcja na jego pogrzeb.
ja, która niemal nigdy nie płaczę, z trudem powstrzymywałam łzy!
nie zaprzeczam, że uważam Go za artystę wielkiego formatu,
za zjawisko muzyczne i swoisty autorytet,
ale za gwaizdę wielkiego formatu uważałam także
księżnę Dianę, a jej śmierć nie wywołała u mnie takiej reakcji.
przez cała noc śniłam coś na kształt fantazji na jego temat
i mogę zapewnić, że zdarzyło mi się pierwszy raz
w moim już nie tak krótkim życiu.
czy to objaw nekrofilii, że śnię o zmarłych ludziach?
że nigdy wcześniej o nim nie myślałam, o śnie nie wspominając.
sen ten nie miał charakteru erotycznego z trupem w roli głównej
bardziej zakrawało to na spoglądanie w zaświaty.
od razu zaznaczam, nie jestem medium
i nie, nie mam takich zdolności ani skłonności,
tak, gwoli wyjaśnienia możliwych wątpliwości.

po śmierci mojego ojca, śniłam o nim,
ale to był objaw depresji i żałoby.
stąd też zupełnie niezrozumiałym wydaje mi się sen o Jacksonie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz