sobota, 1 sierpnia 2009

smutek goni tragedię i przerażenie-

czyli wyścigi emocji w moim życiu.

taki mój lajf widocznie, że non stop coś odpala..
że nic tylko wejść pod stół i tam pozostać,
żeby więcej mnie nikt nie znalazł,
ani nic nie dopadło.
taak

w czwartek, gdy podjeżdżałam pod sąd,
zwany również miejscem pracy
rozdzwonił się Garou w moim telefonie-
niniejszy dzwonek oznacza M.
odbieram cała rozradowana,
wszak serce me daleko a ciała tęsknią

a tu zamiast mojego Mężczyzny, odzywa się damski głos
niejakiej Danieli, z którą za sobą szczególnie nie przepadamy,
a która wrednym zbiegiem okoliczności wraz z M.
w Mediolanie wylądowała (nie wiem po jasną cholerę z resztą)

i ta blond Sucz mówi mi, że M.,
mój biedny M. został zabrany przez pogotowie
gdyż ma ciężki uraz kolana i będą go operować.
no kurka blaszka no!
a ja mam coś z tym zrobić
(ja, oddalona o tysiące kilometrów,dodajmy)

złapałam za telefon i po różnych labiryntowych zakrętach
porozmawiałam z Młodym Bogiem Ortopedii
który uratował moje kolana, gdy nikt nie dawał na to szans.
wiedząc,że do ortopedy nie należy zbyt długo i zbyt zawile relacjonować problemu
powiedziałam,że mój przyszły mąż wymaga operacji kolana
i chcę go przywieźć do Polski, żeby właśnie On-Adrian go zobaczył.

i tak w trzy godziny postawiłam na nogi
lekarza z Warszawy,rehabilitanta z Krakowa
i mediolańskiego boga ortopedii wszyscy gotowi pomóc.
niestety żeby móc to zrobić,
wymagana jest zgodna głównego zainteresowanego,pacjenta,
a na tą niestety nie zanosi się. szaleje burza.

1 komentarz:

  1. ooo. to nie zazdroszczę sytuacji i trzymam kciuki, żeby główny zainteresowany i poszkodowany miał się lepiej.

    OdpowiedzUsuń